Jesienią 2018 roku rodzinna Fundacja CZARTAK , której podstawowym celem statutowym było dążenie do uruchomienia i prowadzenia Muzeum E. Zegadłowicza w Jego rodzinnym majątku w Gorzeniu k.Wadowic - zlikwidowała Muzeum a zbiory przekazała do Muzeum Miejskiego w Suchej Beskidzkiej.

Tępe Wadowickie Wołkowice pozbyły sie nareszcie Zegadłowicza rękami Jego rodziny. Nie ma śladu pamięci po czasach i ludziach z najlepszego okresu kulturalnej aktywności miasta. Nie ma na stronach Urzędu i podległych mu placówek kulturalnych łącznie z Muzeum. Wszystko przykrył święty Jan Paweł II tak, jakby jego młodość - Karol Wojtyła - wychował się na pustyni a nie w wyjątkowym w skali kraju środowisku małego miasteczka.

 

Emil Zegadłowicz (1888 - 1941)

Emil Zegadłowicz na stałe wpisał Wadowice do historii literatury polskiej po 1918 roku a wszystko zaczęło się w Warszawie. Edward Kozikowski wspomina, jak we wrześniu 1920 roku zaszedł do Ministerstwa Kultury, gdzie w Departamencie Literatury pracował jako referent Emil Zegadłowicz. Tak się poznali i zaprzyjaźnili na długie lata. W stolicy zaczęli wydawać czasopismo „Ponowa” i tam w 1922 roku razem z poetą Janem Nepomucenem Millerem złożyli grupę „Czartak - zbór poetów w Beskidzie”. Mimo iż środowisko było metropolitalne, to podstawowym przesłaniem ideowym grupy był regionalizm, w tym przypadku beskidzki. Nazwa nawiązywała do ruin XVII wiecznego budynku przy stacji kolejowej w Mucharzu, będącego wg Zegadłowicza dawnym zborem arian z okresu kontrreformacji, z czasów emigracji arian na Węgry. Bazą grupy stał się dom Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym, który odziedziczył po ojcu, nauczycielu wadowickiego gimnazjum. Był to obszerny, piętrowy dwór kamienny z XVII wieku z zabudowaniami i 50 ha obszaru. Od tamtej pory aż do 2000 roku z przerwami, dwór a po wojnie Muzeum Poety - tętnił życiem i był świadkiem wielu artystycznych wydarzeń. Był nieformalną stolicą beskidzkiego regionalizmu, sformułowanego przez Kozikowskiego jako enklawy „ z dala od zgiełku europejskiej i swojskiej dyplomacji/…/odrębnej charakterem ludności i charakterem przyrody”. Stanowił rodzaj postawy wobec rzeczywistości, polegał na przekazywaniu poprzez twórczość artystyczną umiłowania swoistości i tradycji tej ziemi. Region beskidzki traktowany był jako równoprawny wobec rodzącej się na początku II RP, fascynacji urbanizmem. Jednocześnie regionalizm, co podkreślano, nie był żadnym partykularyzmem czy separatyzmem lokalnym.
W 1923 roku do Grupy przystąpiła młodziutka poetessa Janina Brzostowska, córka dyrektora Gimnazjum w Wadowicach J. Dorozińskiego a także profesor tej szkoły, Tadeusz Szantroch - poeta, legionista. W latach 1925—1928 z „Czartakiem” przejściowo związali się: Jan Wiktor, Zofia Kossak-Szczucka, Józef Birkenmajer i Wiktor Hanys. Z grupą współpracowali zakochani w Beskidach plastycy: Julian Fałat, Wojciech Weiss, Zbigniew Pronaszko, Felicjan Konarski, Ludwik Misky, Jan Mroziński, Zbigniew Gedliczka, Wlastimil Hoffman, Ludwik Jach, Edward Porządkowski, Józef Jura, Józef Pieniążek. Wielu z nich zjeżdżało do Gorzenia w gościnę na wywczasy. Edytorem wielu publikacji Grupy była Franciszek Foltin, właściciel drukarni w Wadowicach i przyjaciel szkolny Zegadłowicza. Grupa wydała trzy numery almanachu „Czartak. Zbór poetów w Beskidzie”.(1922, 1925, 191928) i wiele publikacji autorskich.
Na skutek rozejścia się dróg artystycznych, grupa zakończyła działalność w 1929 roku, chociaż akces złożyli Jan Sztaudynger, Włodzimierz Lewik i Artur Maria Swinarski. Janina Brzostowska wyprowadziła się do Warszawy. Jako uznana poetka i tłumaczka wydawała w roku 1938 miesięcznik literacki SKAWA, który tylko tytułem nawiązywał do beskidzkiego regionalizmu. Zegadłowicz częściej przebywał w tym okresie w Poznaniu, Katowicach, Krakowie. Jeździł z odczytami, pracował w redakcjach, teatrach, wydawnictwach i radio. Poza Gorzeniem czuł się jak „chłop na saksach”. W 1933 roku młodzi artyści regionalni, władze państwowe i lokalne, zorganizowali Zegadłowiczowi jubileusz 25 lecia pracy twórczej. Już wtedy dorobek pisarza obejmował kilkadziesiąt pozycji książkowych. Był tytanem pracy. Oprócz pracy twórczej był tłumaczem i wyjątkowym kolekcjonerem. Imponujący dorobek w tak krótkim życiu. Tamten jubileusz zaowocował powstaniem Grupy Plastyczno-Literackiej CZARTAK II. Jej organizatorem był Wincenty Bałys, rzeźbiarz i Kazimierz Foryś, filolog, poeta, wtedy profesor wadowickiego gimnazjum. Tworzyli ją nowi, młodsi artyści z Wadowic i okolic m.in. Karol Malczyk, Franciszek Suknarowski, Roman Brańka, Jakub Sawczak.
W Gorzeniu pojawił się wtedy genialny ilustrator powieści Motory, Stefan Żechowski z Książa i Marian Ruzamski z Tarnobrzega. Bywali tu poeci Związku Literatów Ludowych, bywał Jędrzej Wowro lansowany przez Zegadłowicza, redaktorzy pisma Wieś i jej pieśń -Tadeusz Olcha z Naprawy i Andrzej Kucharczyk z Bugaja k/Brzeźnicy, Stanisław Paleczny, Wilhelm Bartyzel, Władysław Front i Grupa Literacka GRONIE z Żywca. Jak zawsze dwór tętnił życiem. Żona poety Maria Olimpia, córka wadowickiego aptekarza Kurowskiego, chociaż sprawnie zarządzała majątkiem, miała problemy z utrzymaniem domu i wychowaniem dwóch dorosłych córek przy stałej asyście licznych adoratorów i gości.
Po opublikowaniu powieści biograficznej Zmory w 1936 roku, Gorzeń opustoszał. Mimo, że powieść dotyczy czasów austriackich, obrazili się dewocyjni parafianie a zwłaszcza ówczesny proboszcz L. Prochownik. Pleban z ambony wyklął poetę a miejska tłuszcza ruszyła na Gorzeń, by rozprawić się z obrazoburcą. Zegadłowicz rejterował do Mucharza a nawiedzona gawiedź dała się namówić na zaniechanie pacyfikacji. Z. Pronaszko w krakowskim Dzienniku Polskim pisał wtedy: „Rada Miejska w Wadowicach uchwaliła odebranie Emilowi Zegadłowiczowi honorowego obywatelstwa i nazwy ulicy jego imienia za Zmory. Można by przypuszczać, że ten krok służy celom propagandy Wadowic. Jednakże tak nie jest, bo ludzie już dawno dowiedzieli się o istnieniu tego miasteczka właśnie dzięki Zegadłowiczowi/…/Chciałoby się zapytać, czy nikogo nie było w sławetnej radzie miejskiej, kto by wytłumaczył biednym prowincjonalnym mózgom, że to nie Zegadłowicza obrażają, ale że siebie i swoje miasto kompromitują, okrywając śmiesznością wobec ludzi kulturalnych”.
W PRL-u przywrócono ulicę i obywatelstwo, postawiono poecie pomnik przed Liceum, którego jest absolwentem, zadbano o zbiory, wykupiono i wyremontowano dwór, by nadal było tam Muzeum Poety. Niestety w III RP, nawiedzonej klerykalizmem, „biedne, prowincjonalne mózgi” lokalnego samorządu dopuściły do likwidacji istniejącego od 1945 roku Muzeum.
Na niechęci Wadowic do Emila Zegadłowicza zaciążyła opinia zadufanego w sobie proboszcza, ale i poczynania wnuka poety Adama Rudla, który chyba dla pognębienia dziadka zmienił nazwisko na Zegadłowicz. Wielu nieświadomych mieszkańców kojarzyło go jako syna poety a nawet jako samego Emila. - To Zegadłowicz? Ten Zegadłowicz o którym ksiądz mówił ? - szło szeptem wśród prostego ludu, gdy Adam z fantazją kupował jabcok w sklepie, rej wodził na dancingu czy komentował głośno rzeczywistość zataczając się na postoju taksówek. Mimo jego choroby alkoholowej, był to jedyny członek licznej familii, któremu w chwilach trzeźwości naprawdę zależało na Muzeum w Gorzeniu. Wszak było to jego życie.
Kiedyś wadowickie gimnazjum i liceum było kuźnią intelektu. Można zaryzykować twierdzenie, że w zasadzie każdy wadowicki gimnazjalista, w tym Karol Wojtyła, swoją artystyczną osobowość kształcił w kręgu regionalizmu kulturowego Emila Zegadłowicza. Jako Jan Paweł II, jeszcze kilka lat przed śmiercią cytował z pamięci utwory ulubionego Poety.
Piewca Beskidów decydując się na stworzenie w rodzinnym Gorzeniu enklawy artystycznej, budował nie tylko zaplecze dla swojej literackiej twórczości, ale także warunki dla rozwoju kultury regionalnej. Dwór w niedalekim od Wadowic Gorzeniu był w latach 1922-1939 emanującym na kulturalną Polskę ośrodkiem, który tworzyli głównie twórcy związani z regionem.
Po wojnie, w latach sześćdziesiątych, Muzeum Poety pod opieką PTTK stało się naturalnym zapleczem dla ekspansji artystycznej kolejnego pokolenia wychowanków regionalizmu Zegadłowicza, uczniów Liceum gdzie dyrektorował K. Foryś (Wiesław Bieniasz, Zbigniew Jurczak, Adam Rudel, Eugeniusz Kamiński). W konsekwencji, w oparciu o beskidzki regionalizm Zegadłowicza, powstał Klub Pracy Twórczej BBESKIDNICY z którego wyłoniła się Grupa Literacka NADSKAWIE.

Z. JURCZAK 2018

 


 

W jakim stanie jest obecnie kolekcja Zegadłowicza - trudno powiedzieć, ponieważ nie ma nadzoru nad poczynaniami Fundacji Czartak. ( tekst 2012)

Przypomnę, że spadkobiercy Zegadłowicza sprzedali państwu majątek ( nieruchomości) za cenę około 12 mln złotych a zbiory wg inwentarza (ponad 1000 eksponatów) przekazali państwu pod warunkiem remontu Gorzenia i uruchomienia Muzeum. Muzeum Okręgowe w Bielsku Białej remontowało obiekty i odrestaurowało całą kolekcję: malarstwo, grafikę, rzeźbę, meble, bibeloty.  Szlag trafił wszystko jak upadł PRL, bo Rzeczpospolita nie zajmuje się Muzeami na prowincji. W 1994 roku rodzina założyła Fundację Czartak, na rzecz której zrzekła sie praw do zbiorów. Takie rozwiązanie było warunkiem powrotu kolekcji z Bielska do Wadowic a jednocześnie dawało szansę społecznego nadzoru nad majątkiem, który dla spadkobierców był zawsze głównym źródłem utrzymania.Trudno  dać wiarę wersji rodzinnej o  zniszczeniach skoro Komisja MKiSz poszukująca w Europie rzeźb Wowry i księgozbioru - podobno zabranych przez Niemców, nie natrafiła na najmniejszy ich ślad. 
       Zbiory są kapitałem Fundacji w sensie ekonomicznym a nie artystycznym czy historycznym. Do tego wymagany jest rejestr państwowy, który w jakiś sposób zabezpiecza zbiór przed finansową utylizacją. Niestety rodzina broniła się przed wpisaniem kolekcji do rejestru Ministerstwa Kultury, bo to w jakiś sposób ograniczało ich prawo właścicielskie. Muzeum w Gorzeniu mieści się w budynkach Skarbu Państwa, ale eksponaty stanowią własność Fundacji, w której spadkobiercy Zegadłowicza tworzą Radę Fundatorów o szerokich kompetencjach. 

Kapitałem Fundacji - jak już zaznaczono - są zbiory wg spisu protokołu przekazania ich przez Muzeum Okręgowe w Bielsku Białej. Protokół odbioru w imieniu Fundacji podpisali w 1994 roku Zbigniew Jurczak, Józef Zeman i Franciszek Suknarowski, osoby które dla administracji państwowej były gwarancją bezpieczeństwa uratowanej od zniszczenia kolekcji i ograniczenia praw byłych właścicieli czyli rodziny. Jako Zarząd Fundacji w 1995 otwarliśmy Muzeum i w Gorzeniu powstał ośrodek kultury regionalnej. Niestety w 1998 roku, za namową ówczesnych władz samorządowych, Rada Fundatorów odwołała Zarząd, który tworzyli m.in. F.Suknarowski, J.Zeman, A.Buś, M.Kręcioch, J.Sobala, J.Zając, S.Ocetkiewicz i niżej podpisany. Od tej pory rodzina odzyskała całkowity wpływ na rozporządzanie majątkiem i był to początek upadku Muzeum.

Według założycielskiego aktu notarialnego Fundacji,  połowa zbiorów należy do spadkobierców Atessy Rudel ( rodziny: Adama Rudel-Zegadłowicza i jego siostry Ewy Wegenke) a połowa do spadkobierców Halszki Sępek (spadkobiercy Marii Ziemianin). Biorąc pod uwagę czas, obecne warunki przechowywania i udostępniania zbiorów, jestem pełen uzasadnionych obaw o stan kolekcji Zegadłowicza. Pamiętam dobrze przestrogę mojego Mistrza Franciszka: pilnuj Gorzenia, bo największą szkodę Zegadłowiczowi zawsze robiła jego rodzina. (Z.Jurczak 2012).


 


 

  Krótka historia gorzeńskiego Muzeum.                                                             

  E.Wyroba, przedruk z portalu Wadovita24 

 Od początku byłem świadkiem ponownego odradzania się Muzeum Emila Zegadłowicza, po 15. latach niebytu tej placówki na kulturalnej mapie Polski. Znam wartość trudu włożonego przez ludzi, dzięki którym placówka zaczęła tętnić życiem. Sam, na prośbę Przyjaciela, ś.p. Adama Rudla-Zegadlowicza, przez sześć lat, w miarę swoich skromnych możliwości, anonimowo przykładałem do tego rękę. I zawsze, bezkompromisowo mówiłem prawdę o tych, którzy „Gorzeniowi” pomagali oraz o tych, którzy mu szkodzili.

Jak już podkreśliłem, trwało to sześć lat. Tyle czasu poświęcił pierwszy Zarząd Fundacji na ratowanie tego, co bez Jego działań uległoby unicestwieniu. Obserwowałem te działania oraz pomagałem w nich zawsze z satysfakcją i dlatego nie mogę pozwolić, aby nowy Rada Fundatorów, składająca się z członków rodziny Emila Zegadłowicza ciężki, społeczny trud ludzi dobrej woli unicestwiała. Nie mogę też pozwolić, aby ta sama Rada Fundatorów okłamywała społeczeństwo swoimi zapisami na oficjalnej stronie Muzeum Emila Zegadłowicza. Ponieważ nie mam wpływu na odwrócenie kart historii, zmuszony jestem zapoznać społeczeństwo z przyczynami działań, które być może nie pozwolą nigdy na urzeczywistnienie marzeń pierwszego Prezesa Zarządu Fundacji „Czartak” - prof. Franciszka Suknarowskiego.

Moja decyzja jest ostateczna, przede wszystkim z uwagi na pamięć o Przyjacielu, gdyż za takiego, do ostatnich dni życia, uważałem wnuka Poety - Adama. I myślę, że przynajmniej poprzez ujawnienie prawdy spłacę Adamowi dług za tę prawdę, z jaką podzielił się ze mną, myślę, że nie przypadkowo... Dlatego tu zamieszczam treść materiału, jaki przygotowałem po usunięciu pierwszego Zarządu Fundacji „Czartak”.

Już wówczas przesłałem ten materiał - z szacunku dla przeszłości jaką wspólnie przyszło nam przeżyć oraz z propozycją ewentualnego uzupełnienia faktów, które w treści tej są zawarte - córce Poety p. Atessie Rudel-Zegadłowicz. Uzupełnienia tych faktów, które Jej syn w swoim pamiętniku być może pominął, a mogłyby stanowić ważne ogniwo tej najnowszej historii gorzeńskiej placówki.

Ale nigdy na mój list Atessa Rudel-Zegadłowicz nie odpowiedziała, co uznaję nie tylko jako niechęć do uzupełnienia mojego materiału, zarówno ze strony tej Pani, jak i pozostałych członków Rady Fundatorów, ale przede wszystkim za zupełną zgodność co do treści, które zatytułowałem jakże znamiennie:

CZY ADAM MUSIAŁ ODEJŚĆ?

Bo... wszystko na tym świecie dzieje się za przyczyną Boga, wszystko jest zaplanowane... Ale czy na pewno? Czy nie ma przypadków, że ludzie ludziom gotują ich własny los? Ponieważ odnoszę wrażenie, że tak właśnie jest i że tak było w przypadku śmierci Adama Zegadłowicza, pragnę podzielić się z Państwem znanymi mi faktami, do dziś owianymi tajemnicą, a związanymi z działaniami na rzecz zmiany pierwszego Zarządu Fundacji „Czartak”. Myślę, że jest to jednoznaczny przykład „niesienia pomocy losowi” i nie myślę, ale uważam, że to ludzie Adamowi najbliżsi zgotowali Mu ten los...

Odrębną, niechlubną i mało znaną kartą historii „demokratycznych”, władz Wadowic, jest historia powołanej do życia w roku 1992 Fundacji „Czartak” i jej pierwszego Zarządu, który w większości składał się z członków funkcjonującego w „podziemiu” Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej. Celem tegoż Zarządu, któremu prezesował Franciszek Suknarowski, wiceprezesował Zbyszek Jurczak, a wspierali ich działania członkowie: J. Zeman, J. Zając, E. Rzycki, S. Ocetkiewicz, J. Sobala, A. Zegadłowicz i inni, było przywrócenie społeczeństwu ekspozycji muzealnej w gorzeńskim Muzeum, bezcennych zbiorów Piewcy Beskidów Emila Zegadłowicza. Fundacja, a szczególnie jej Zarząd działały prężnie. Dzięki społecznej działalności małej garstki osób, na przełomie lat 1994/95 zbiory Poety wróciły „z bielskiej niewoli” w Muzeum Okręgowym w Bielsku-Białej i trafiły na krótki czas „pod celę” w wadowickim Zakładzie Karnym, który jako jedyny dysponował pomieszczeniami nadającymi się, w ocenie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, nieżyjącego już Karola Gruszczyka, do przechowywania kolekcji. Trzeba tu dodać, że „zabieg” ten powiódł się też za przyzwoleniem ówczesnego dyrektora tej placówki penitencjarnej – Mieczysława Fortuny.

Część tych zbiorów już 18 lipca 1995 roku, podczas uroczystego otwarcia placówki po piętnastu latach jej niebytu, pokazano zwiedzającym. Otwarto pierwsze pięć pomieszczeń z docelowych dwunastu. Rok 1996 zaowocował oddaniem kolejnych sal. Muzeum żyło. Wokół placówki skupiła się jednak wadowicka inteligencja, w której swe zagrożenie widziała „demokratyczna” władza. Kiedy skupieni wokół Muzeum i Zarządu przygotowali bogaty, całoroczny program obchodów „110 rocznicy urodzin Emila Zegadłowicza”, ta sama władza, która wcześniej nie wykazała żadnego zainteresowania powstaniem placówki, bo jak twierdziła „... Gorzeń, to siedlisko szatana”, w roku 1998 nagle objawiła chęć przejęcia nad nią „pieczy” i to tylko w celu usunięcia osób zaangażowanych w pracę na rzecz Muzeum Emila Zegadłowicza. Drugim zamiarem było prawdopodobnie zniszczenie placówki.

Fakty toczyły się szybko. Z chwilą ogłoszenia roku jubileuszowego do „akcji” z ramienia Zarządu Miasta wkroczyło rodzeństwo Wodyńskich. Przełom stycznia i lutego 1998 roku obfitował w korespondencję Stanisława Wodyńskiego, a 04 lutego (środa) do Adama Zegadłowicza, poprzez dziennikarza „Kroniki Beskidzkiej” dotarła dyskretna informacja, że „... Kotarba ciepło o nim mówił”. Za kolejne kilka dni, 12 lutego (czwartek), Adam Zegadłowicz prowadził rozmowy z siostrą Ewą Olimpią Wegenke o „... Zbyszku (Jurczak - przyp. red.) i perspektywach fundacji”. 22 lutego (niedziela) prowadzone były kolejne rozmowy z członkami rodziny. 23 luty (poniedziałek) obfitował kolejnym listem do Stanisława Wodyńskiego od rodziny Zegadłowiczów (wysłanym za dopłatą 26 lutego). Nie jest tajemnicą, że Adam Zegadłowicz był człowiekiem chorym, alkoholikiem i właśnie ta choroba na kilka dni wyłączyła go z jego codziennych zajęć oraz z akcji „usunąć Zbyszka”.

Kiedy doszedł do siebie, 18 marca (środa) skreślił kolejne słowa listu do Stanisława Wodyńskiego, który wysłał pięć dni później - 23 marca (poniedziałek). Międzyczasie bowiem, 21 marca (sobota) i 23 marca (poniedziałek) prowadził rozmowy z Michałem Kręciochem, byłym red. naczelnym „NS”. Rozmowy te prowadził również 24 marca (wtorek), a 25 marca (środa) doszło do spotkania M. Kręciocha z Ewą Olimpią Wegenke. 26 marca Adam Zegadłowicz przeprowadził rozmowę telefoniczną z Andrzejem Busiem - pracownikiem GOK w Tomicach, a Ewa Olimpia Wegenke w rozmowie telefonicznej z bratem wyrażała oburzenie, wywołane przygotowanym programem obchodów jubileuszu Dziadka. 29 marca (niedziela) w rozmowie telefonicznej Adam Zegadłowicz poinformował swojego syna, Mikołaja o zmianach jakie zaplanowali z siostrą Ewą i matką - Atessą Zegadłowicz-Rudel. 31 marca (wtorek) Gorzeń nawiedził sam S. Wodyński.

W dwa dni później, 02 kwietnia (czwartek), na rozmowy przybył do Gorzenia Michał Kręcioch. Nie obszedł się bez rozmów również okres Świąt Wielkanocnych, które cała rodzina Zegadłowiczów prowadziła przy świątecznym stole 13 kwietnia (poniedziałek). 26 kwietnia (niedziela) Atessa Zegadłowicz-Rudel wraz z synem Adamem rozmawiali o konieczności podjęcia rozmów z Ewą Filipiak - burmistrzem Wadowic, po czym Adam przeprowadził rozmowę ze swoim szwagrem, Jackiem Sufą, na temat wiceprezesury w nowym Zarządzie. 27 kwietnia (poniedziałek) Adam, w imieniu matki, napisał list do znanego warszawskiego dziennikarza Tadeusza Olszewskiego, a 28 kwietnia (poniedziałek), w/g wyraźnych wskazań matki, list do prof. Włodzimierza Wójcika z Sosnowca - Prezesa Rady Programowo-Naukowej Muzeum.

29 kwietnia (środa) nastąpił przełom w działaniach. Radna Stanisława Wodyńska umówiła się na spotkanie z rodziną w gościnnych progach Gorzenia w dniu następnym, a Ewa Olimpia Wegenke wraz z Adamem udali się do Woźnik na kolejne rozmowy z M. Kręciochem, któremu przedstawili propozycję „wzięcia” wiceprezesury w powoływanym Zarządzie Fundacji. Rozmowy te kontynuowane były w dniu następnym, 30 kwietnia (czwartek). Jednak nie przyniosły one oczekiwanego przez rodzinę Zegadłowiczów rezultatu - M. Kręcioch odmówił przyjęcia jakiejkolwiek funkcji w nowym Zarządzie. Odmowę tą zrekompensowały rodzinie, prowadzone tego samego dnia rozmowy z radną Stanisławą Wodyńską, które na zakończenie Adam ocenił jako „... bardzo owocne”.

02 maja (sobota), podczas trwania „Gorzeńskiej Majówki” przygotowanej przez wciąż funkcjonujący Zarząd Fundacji, nieświadomy podejmowanych przeciw niemu działań, w budynku obok trwały intensywne rozmowy na temat zmian w Zarządzie z członkami Rady Fundatorów: Mikołajem Zegadłowiczem i Marią Ziemianin (wnuczką Poety, córką Halszki). Po przeprowadzonych rozmowach Adam poinformował, że „... Marysia zgadza się na wszystko”. Rozmowę telefoniczną przeprowadziła również Atessa Zegadłowicz-Rudel z prof. W. Wójcikiem. 03 maja (niedziela) Jacek Sufa poinformował Adama, że odmawia przyjęcia proponowanej mu wiceprezesury. Jeszcze tego samego dnia rodzeństwo udało się do Stanisława Stabro. Podczas prawie pięciogodzinnego, życzliwego przyjęcia, złożyli Stanisławowi propozycję prezesury Zarządu. Po chwilowym zastanowieniu się, Stanisław Stabro przyjął zaproponowane stanowisko. Adam Zegadłowicz i Ewa Olimpia Wegenke byli usatysfakcjonowani pierwszym, bądź co bądź, sukcesem w swoich knowaniach. 04 maja (poniedziałek) rodzeństwo kontynuowało rozmowy z A. Busiem, zaś Adam skierował kolejne listy: do Jacka Sufy oraz do Stanisława Stabro. Do drugiego załączył statut Fundacji. Podkreśleniem sukcesów tego dnia była informacja od radnej Stanisławy Wodyńskiej, o zorganizowaniu spotkania z E. Filipiak, dnia 06 maja (środa) o godz. 1300. 05 maja (wtorek) rodzeństwo prowadziło kolejne rozmowy z A. Busiem oraz zaczynało przekonywać do swoich poczynań członków gorzeńskiego Klubu - rodzinę Kotowieckich. Brak jest dokładnego potwierdzenia zajętego stanowiska, a za jedyny dowód przychylności Adam przyjął stwierdzenie, że p. Kotowieccy „... nie akceptują wojny z miastem”. Po powrocie do domu Adam Zegadłowicz przeprowadził rozmowę telefoniczną ze Stanisławem Wodyńskim, który udzielił całkowitego poparcia „partyzanckim” działaniom Rady Fundatorów.

06 maja (środa) o godz. 1300 Zegadłowiczowie udali się do Urzędu Miasta, gdzie  uczestniczyli w „spotkaniu na szczycie”. Magistrat reprezentowali: Stanisława Wodyńska, Ewa Filipiak oraz Stanisław Kotarba. Wyniki rozmów objęte są do dzisiaj głęboką tajemnicą, ale możemy wnioskować, że były również „owocne” i „skuteczne”, bo jak podkreślał Adam Zegadłowicz „... rozmowa była miła i konstruktywna” mimo, że „... Staszek trochę ględził”. Tego samego dnia przeprowadzono kolejną rozmowę z A. Busiem. 07 maja (czwartek) na rozmowę z Jackiem Sufą zdecydowała się Ewa Olimpia Wegenke, która przekonywała go do „swojej koncepcji” - wiceprezesury w Zarządzie.

09 maja (sobota), kolejna rozmowa z A. Busiem i kolejny sukces: Jacek Sufa zgodził się na wiceprezesurę. 11 maja (poniedziałek) możemy odnotować jedyny chrześcijański fragment w tej kilkudniowej historii rodziny Zegadłowiczów, bowiem Adam... zredagował list do papieża Jana Pawła II. 12 maja (wtorek) również Adam zredagował na brudno „wypowiedzenie” dla Zbyszka Jurczaka, po czym konsultował jego treść z S. Stabro, który w całości ją zaakceptował. Prawdopodobnie z tą informacją podzielił się również w korespondencji do S. Wodyńskiego i T. Olszewskiego. 13 maja (środa), aby zachować pełną konspirację, Adam Zegadłowicz nie wręczył treści „wypowiedzenia” Z. Jurczakowi osobiście (mimo, że ten kilka razy dziennie przebywał w Gorzeniu), ale wysłał je listem poleconym, na jego domowy adres. Pozostałą korespondencję (Wodyński, Olszewski) wysłał przesyłkami zwykłymi. Tego samego dnia wieczorem Adam prowadził jeszcze rozmowę z Jackiem Czarnikiem, mieszkającym w zamian za wykonywanie drobnych prac, kątem w oficynach Muzeum, w trakcie której jemu również zaproponował udział w Zarządzie Fundacji. Propozycja została przyjęta. 14 maja (czwartek) z poparciem kolejny raz zatelefonował S. Wodyński. Adam „stworzył” listy do czterech członków byłego Zarządu: Zemana, Sobali, Ocetkiewicza, Rzyckiego (jednak nie wszystkie dotarły do adresatów - prawdopodobnie z „odgórnego” polecania).

15 maja (piątek) do Gorzenia przybył jeden z głównych inicjatorów „gorzeńskiego sukcesu”, S. Wodyński, z propozycją komunikatu prasowego, sześcioma rzeźbami i... czekiem dla Adasia na... 200,- zł. Można przyjąć, że tyle właśnie warta była dla rodziny Zegadłowiczów praca Zbyszka Jurczaka na rzecz przywrócenia gorzeńskiego Muzeum społeczeństwu?

16 maja (sobota) ten sam „darczyńca” przybył do Adama Zegadłowicza jeszcze dwa razy i jak wynika z wypowiedzi Adama, tylko po to „... by wspierać mnie duchowo”. Jednak Adam był zajęty, musiał wszak, z wsteczną datą - 12 maja (wtorek), przygotować oficjalny protokół z posiedzenia Rady Fundatorów oraz uchwałę dotyczącą odwołania Zbyszka Jurczaka i całego pierwszego Zarządu Fundacji. 17 maja (niedziela) familia Zegadłowiczów podpisała przygotowane dzień wcześniej dokumenty. 18 maja (poniedziałek) Atessa Zegadłowicz-Rudel udzieliła kilku wywiadów dla prasy i jednego dla telewizji. Wyraziła w nich swoje zadowolenie z zaistniałej sytuacji.

20 maja (środa) jest ostatnim dniem niniejszego sprawozdania. W godzinach dopołudniowych kontynuowane były rozmowy z A. Busiem, E. Filipiak i S. Kotarbą, a wieczorem w sali klubowej, z inicjatywy Z. Jurczaka odbyło się ostatnie, pożegnalne i uroczyste posiedzenie pierwszego Zarządu Fundacji, na które, obok rodziny Zegadłowiczów, zaproszono wszystkich wspierających pracę tegoż Zarządu. Ze strony Zegadłowiczów odważyła się przyjść jedynie Atessa Zegadłowicz-Rudel, która już w pierwszym „wejściu” wyraziła oburzenie spowodowane udziałem w spotkaniu osób nie będących w Zarządzie. Emocje ustąpiły, kiedy Z. Jurczak wyjaśnił intencje spotkania - chęć z Jego strony podziękowania wszystkim, którzy przyczynili się swoją społeczną pracą do przywrócenia społeczeństwu, po piętnastu latach niebytu, Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym. Tu warto podkreślić, że na taki gest nie było stać Rady Fundatorów, chociaż ta praca do jej świetności się przyczyniała. Dla uściślenia niniejszego sprawozdania podaję, że w spotkaniu, z uwagi na stan zdrowia nie uczestniczył Prezes Zarządu Fundacji „Czartak” - prof. Franciszek Suknarowski, który kilka tygodni później zmarł, nieświadom zmian jakie zaszły w jego „ukochanym Gorzeniu”, nie doczekawszy się słowa podziękowania. No cóż, ale On jedyny znał tę rodzinę od dziesiątek lat i zawsze podkreślał, że to ona „... przynosi największe szkody Poecie”.

Czemu zaznaczyłem, że dzień 20 maja (środa) jest ostatnim dniem sprawozdania? Gdyż wraz z działalnością Zarządu Fundacji „Czartak” zakończyła się opieka nad uzależnionym od alkoholu Adamem, którą intensywnie prowadzili członkowie Zarządu, a szczególnie bywający w Muzeum kilka razy dziennie Zbyszek Jurczak. Ten koniec „kontroli” sprawił, że Adam popadł w niepamięć i brak zdolności rejestrowania ciągu zdarzeń, z którymi wcześniej dzielił się ze mną.

Zarówno rodzina, jak i pozostali, którzy doprowadzili do odwołania Zarządu, zostawili Muzeum nie wyleczonemu alkoholikowi. Brak dozoru nad finansami Fundacji spowodował, że Adam pieniądze Fundacji przeznaczał na alkohol. Po odwołaniu Zarządu i Jurczaka, Adam wszedł  w ciąg alkoholowy, który z krótkimi przerwami trwał dwa miesiące. Po „przepitych” dwóch miesiącach przyszedł dzień 24 lipca.

Z przeprowadzonych rozmów wiem, że siostra i matka wydały Adamowi polecenie „powstania na nogi” z uwagi na ważne wizyty, jakie miały w kolejnych dniach nastąpić w Muzeum.

Adam począł gorączkowo poszukiwać sposobu natychmiastowego „odtrucia” swego organizmu, do jakiego de facto, po wcześniejszych, krótkich „ciągach” już go przyzwyczajono. Zawsze pod ręka miał hemineurynę więc zapewne zażył kilka dawek. Ponieważ nie dało to rezultatu, Ewa Wegenke, siostra, załatwiła skierowanie do szpitala od zaprzyjaźnionego dr Kotowieckiego. Adama wzięto na oddział z zachwianą świadomością. Jak to alkoholik, nie przyznał się  do zażycia hemineuryny. Próbowano go odtruć i podano też hemineurynę.

Organizm odmówił posłuszeństwa. Najpierw nastąpił stan śmierci klinicznej, z której Adama „siłą wyrwano”, jednak odkorowany mózg nie pracował. Nastąpiło oczekiwanie. Po dwóch miesiącach całkowitej nieświadomości Adam zmarł 29 października 1998 roku.

Po latach od tamtych wydarzeń, na oficjalnej stronie internetowej Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym przeczytałem w 2010 roku:

„... Dzięki staraniom rodziny Poety oraz osób oddanych kulturze regionu w roku 1993 została ustanowiona Fundacja ,,CZARTAK’’, której głównym celem jest przywrócenie świetności Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym. Przychylność władz wojewódzkich sprawiła, że zbiory Muzeum wróciły po konserwacji do Gorzenia, dzięki czemu można było zorganizować istniejącą obecnie ekspozycję.

Długoletnim kustoszem Muzeum, człowiekiem, którego zasługi dla tej placówki trudno przecenić, był zmarły w roku 1998 wnuk pisarza, Adam Emil Zegadłowicz-Rudel, historyk sztuki (UJ w Krakowie), publicysta i działacz kulturalny regionu. Dzięki jego niespożytym siłom, zaangażowaniu i prawdziwej pasji Muzeum może dziś z dumą otwierać swe podwoje wszystkim zwiedzającym.

Obecnie Muzeum prezentuje osiem z dwunastu sal ekspozycyjnych. Pozostałe pomieszczenia nadal wymagają remontu,”.

 Tak więc kłamstwo goni kłamstwo!

Istniejącą obecnie ekspozycję można było zorganizować tylko dzięki ogromnemu zaangażowaniu i determinacji tej garstki osób, którą wyżej wymieniłem, a w szczególności dzięki osobistemu i bezinteresownemu zaangażowaniu Franciszka Suknarowskiego, Zbigniewa Jurczaka, Józefa Zemana, Karola Gruszczyka i Mieczysława Fortuny! I nie było w tym żadnego udziału rodziny Zegadłowiczów, bo...

No właśnie – dlaczego?

No bo na tym etapie, ciężkiej pracy organizacyjnej nie dało się nic na zbiorach Ojca i Dziadka zarobić!!!

Nigdy też Adam Rudel-Zegadłowicz nie był kustoszem tej placówki i nigdy nie był historykiem sztuki!

Owszem, był fanatykiem swojego Dziadka, pochłoniętym bez reszty wiedzą o jego działaniach i twórczości. Ale to aż tyle, albo tylko tyle...

Dla uściślenia podanej tu informacji dodam, że osiem lat potrzebował Adam na ukończenie egzaminem maturalnym Liceum Ogólnokształcącego w Wadowicach i na tym swoją edukację zakończył!

Zaś fakt, że przez 10. lat oddano zaledwie jedną salę, bo... „... pozostałe pomieszczenia nadal wymagają remontu” – mówi sam za siebie. Szczególnie kiedy poweźmiemy informację, że „... cudownie znikające” z Muzeum eksponaty, co rusz pojawiają się na aukcjach w Poznaniu bądź w krakowskich księgarniach i antykwariatach!

Czy dlatego teraz jest w tym wszystkim rodzina Zegadłowicza - która wcześniej, jeszcze w latach ’80 ub. wieku, zrzekła się wszelkich praw do zbiorów za sowite „wynagrodzenie” od Skarbu Państwa – że można znowu coś... spieniężyć i zarobić na Ojcu i Dziadku!?

Trudno temu twierdzeniu... zaprzeczyć!!! (ew.)